Whisky podróżników Shackleton

Shackleton – whisky dla odkrywców

Kilka lat temu na Antarktydzie wydobyto spod lodu trzy skrzynki z 1907 roku. Tak zaczyna się historia whisky Shackleton – jednego z najciekawszych blended maltów i żywego dowodu na to, że współczesne repliki słynnych trunków mają sens.

Ze stuletnimi winami natura obchodzi się zazwyczaj dość okrutnie. A jak smakuje whisky, którą ponad wiek temu wziął ze sobą na Antarktydę Sir Ernest Shackleton, jeden z największych bohaterów wyścigu odkrywców do Bieguna Południowego? Zapewne nad tym zastanawiał się Richard Paterson, master blender koncernu Whyte&Mackay, kiedy w 2010 roku wsiadł w Auckland na pokład prywatnego samolotu swojego szefa, indyjskiego multimilionera Vijaya Mallya. Do nadgarstka miał przymocowany kajdankami niewielki neseser, a w nim minilodówkę z trzema butelkami whisky, odnalezionej przez nowozelandzką ekipę podczas remontu chaty na antarktycznej Wyspie Rossa. Ponad sto lat temu Sir Ernest Shackleton, legendarny brytyjski odkrywca, zbudował tę chatkę w jednym z najbardziej oddalonych miejsc na ziemi i wraz z załogą statku Nimrod spędził tam antarktyczną zimę w 1908 roku. Niemal równo sto lat później, w pobliżu budynku odkryto prawdziwy skarb – trzy doskonale zachowane skrzynki z ekwipunkiem brytyjskiej wyprawy, a w nich 11 butelek whisky Mackinlay’s Rare Old Highland Single Malt z ulubionej destylarni polarnika – Glen Mhor. 

Zadaniem Patersona było przebadanie w szkockim laboratorium trunku Shackletona. Drobiazgowe studia ujawniły, że whisky miała woltaż 47,3% i była single maltem, czyli wytworzono ją z jęczmienia w jednej destylarni. Alkohol leżakował trzy lata w beczkach z białego dębu, w których wcześniej trzymano sherry. Choć whisky powinna mieć mocny aromat, bo jęczmień suszony był dymem z torfu sprowadzonego z Orkadów, to kiperzy z Glen Mohr zadbali o zbalansowane i szlachetne nuty smaku, a doskonała woda z jeziora Loch Ness dodała trunkowi gładkości. Stosunkowo jasny kolor tak dojrzałej whisky mógłby zdziwić nowicjusza, ale Paterson tego się właśnie spodziewał, bo moda na mocne, dymne, koloryzowane karmelem alkohole, przyszła dopiero w latach 60-tych XX wieku. Podniebienie mistrza brytyjskich polarników musiało być przyzwyczajone do lżejszych bukietów.

Sir Ernest stał się legendą jeszcze za życia. Jego trzy wyprawy na Antarktydę na początku XX wieku, przeszły do historii i do dziś są uznawane za wzór mądrego i odpowiedzialnego przywództwa, mimo popełnienia całej masy błędów. I powiedzmy to od razu: żadna z ekspedycji Shackletona nie zakończyła się sukcesem przede wszystkim z powodu braku odpowiedniego finansowania i konieczności improwizacji. Całe szczęście, że Shackleton miał umiejętność tworzenia scenariuszy na wypadek nieprzewidzianych sytuacji, osobistą odwagę dowódcy, a przede wszystkim zdolność do utrzymywania w ekstremalnych warunkach wysokiego morale całej załogi. To z pewnością wyróżniało go wśród wyniosłych i z reguły bufonowatych przywódców (nie tylko) w tamtych czasach. 

Za największe osiągnięcie Shackletona uważa się ocalenie wszystkich członków załogi statku Endurance, który w 1915 roku został zmiażdżony przez lód na Morzu Rossa. Jedną z tajemnic jego popularności, było celebrowanie wszystkich sukcesów, dni świątecznych, czy urodzin członków ekipy. Pamięć o takich „drobiazgach” sprawiała, że każdy uczestnik wyprawy skoczyłby za nim w ogień. Przed wypłynięciem w antarktyczną podróż Sir Ernest kazał załadować na statek 25 skrzynek Mackinlay’s Rare Old Highland Malt Whisky. Trzy z nich spędziły sto lat a antarktycznym lodzie, nim trafiły do muzeum w Nowej Zelandii. 

Wytwórni Mackinlay już nie ma. Ale jej aktywa przejęła Whyte&Mackay (w portfolio ma takie marki jak Jura, Dalmore, czy Tamnavulin). I to jej właściciel, ekscentryczny milioner, właściciel hoteli, drużyn piłkarskich i ekipy Formuły 1, Vijay Mallya, postanowił dać whisky Shackletona drugie życie. Odtworzenie smaku tamtego trunku nie było proste, bo destylarnia Glen Mohr została zamknięta i zburzona w 1983 roku. Master blender Richard Paterson miał więc dylemat – próbować mozolnej drogi eksperymentów z rodzajami jęczmienia, wody i warunków, w których destylowano Rare Old Highland, albo z kilkunastu dostępnych maltów uzyskać ten sam efekt, mieszając destylaty tak, jak się tworzy perfumy. Zdecydowano się na „szybką ścieżkę” i w 2013 „Shackleton” trafił do sprzedaży.

Otwieram butelkę.

Swoją drogą, ma jedną z najładniejszych etykiet, choć nieco „przegadaną”. Róża wiatrów, sporo tekstu, informacje o tym, że część dochodu ze sprzedaży będzie przekazana na fundację zajmującą się ochroną dziedzictwa Sir Ernesta. Obniżono też zawartość alkoholu do „prawilnych” 40%, by móc sprzedawać ją na rynku amerykańskim i europejskim w rozsądnym przedziale podatkowym.

Nalewam to cudo do kieliszka.

Kolor, rzeczywiście, słabej herbatki. Raczej nie zdobędzie uznania miłośnikom czerwonego Johnny Walkera i Dark Whisky z Zielonej Góry. Zapach też wymaga skupienia, żeby coś poczuć. Musiałem wsadzić cały nos do kieliszka i kilka razy mocno się zaciągnąć, żeby poczuć, tak jakby mokry rzemień, daleką nutkę cynamonu i słodkiego ptysia z kremem.

Pierwszy łyk mnie zaskoczył. Bardzo łagodnie whisky utorowała sobie drogę przez przełyk, pozostawiając smak lekko słodkich, suszonych moreli, po których pogalopował pieprzny, gorący alkohol, by finiszować dymem z ogniska palonego na roztapiającym się śniegu. Drugi łyczek był wyraźnie słodko-dymny i przywodził na myśl krówkę z Milanówka, położoną na paterze dojrzałych jabłek. Whyte&Mackay w komunikacie wizualnym na stronie internetowej swojego blended malta jednoznacznie sugeruje, że należy go pić z dużą ilością lodu. Co jest o tyle niezrozumiałe, że łagodny Shackleton już naprawdę nie potrzebuje rozwadniania, by bez przeszkód przecisnąć się przez gardło. A z wodą będzie po prostu bez smaku.

Gdy Richard Paterson zapewnia, że jego produkt smakuje dokładnie tak samo, jak whisky Shackletona, którą latem 1907 roku załadował na żaglowiec Nimrod, wierzę mu bez zastrzeżeń. Jednak żałuję, że aby uzyskać ten smak, poszedł na skróty. Może, gdyby miał więcej czasu, by skomponować single malta – tak jak oryginalna whisky Shackletona, powstałoby arcydzieło o mocnym smaku i budzącej szacunek tradycji. Blend różnych jęczmiennych destylatów nie ma jednak tej mocy rażenia, choć daje nam całkiem dobry pogląd na to, czym raczono się w Wielkiej Brytanii sto lat temu. Jeżeli kochamy podróże, a w ludziach cenimy odwagę i umiejętność cieszenia się życiem, to whisky Shackleton da nam okazję do ciekawej dyskusji w zacnym gronie.

2 komentarze

  1. Jak Ty Sergiusz dostałeś taką pracę? Pisać o super-drogich whiskies? No bo przecież żona Ci tego nie financjuje? Więc kto? Moźe ja mógłbym dla niego pisać o koniakach? Albo choćby o martini?

    • Sergiusz Pinkwart

      Aldek, większość ludzi powtarza „rób to co kochasz”, ale mało kto to rzeczywiście robi. Jestem pewien, że Twoje blogi, albo i vlogi o koniakach i martini, podbiłyby internet!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*