Whisky Lagavulin. Smakowite historie blog kulinarny

Lagavulin – whisky, która nie kłamie

Zanim umoczyłem wargi, wciągnąłem w nozdrza aromat, który mną wstrząsnął. Na dnie szklaneczki złocił się Lagavulin.

Mocny alkohol jest jedną z rzeczy, do których trzeba dojrzeć. Dorosłym chłopcom polecam piwo, tym bardziej wyrafinowanym – wino. Sorry, chłopaki, mocne alkohole są dla mężczyzn. Ale to nie tak, że zawsze byłem koneserem whisky. Raczej lubiłem wino. To było coś, o czym można było rozmawiać. Rozpoznawać smaki, odcienie, aromaty i historię. Bo przecież wino to kapryśny towarzysz ludzkości od wieków. Sącząc gruzińskie Kindzmarauli, zastanawiamy się jak smakowało ono Józefowi Stalinowi, który upodobał je sobie przy czytaniu raportów o wykonywaniu wyroków śmierci. A cypryjska Commandaria (też słodka jak grzech), toczona w beczkach przez Templariuszy, towarzyszyła im przy sekretnych misjach i często była ostatnim trunkiem przed śmiercią na polu walki.

Dopiero po czterdziestce odkryłem, że tym samym językiem co o winie, można mówić o whisky. Paradoksalnie, pierwszą szklaneczkę porządnej whisky, wypiłem na Islandii – w kraju, gdzie alkohol jest na wagę złota. Ale ten 16-letni Lagavulin, którym szczodrze mnie poczęstowała Kaśka – przewodniczka po tunelu lawowym o niewymawialnej nazwie Raufarhólshellir, sprawił, że coś się we mnie zmieniło. Zanim umoczyłem wargi, wciągnąłem w nozdrza aromat, który mną wstrząsnął. Bukiety win, które znałem i lubiłem, w jednej chwili wydały mi się bladym widmem. W szklaneczce, na dnie której złocił się Lagavulin, poczułem wędzoną szynkę, mokre igliwie i morską bryzę. Mrugnąłem powiekami, by odpędzić wizję obozowiska Wikingów w siąpiącym deszczu i pociągnąłem maleńki łyk.

Wino często oszukuje. Inaczej pachnie, a potem migotliwie zmienia smaki. Na zmianę piecze, słodzi, czy zarzuca owocowymi nutami. Tutaj, Lagavulin rozwijał jedynie te obietnice, które złożył swoim zapachem. Dym ogniska, wieczorna mgła, lekkie pieczenie alkoholu – to wszystko już poczułem samym węchem, a teraz znajdowałem potwierdzenie na języku. Pełna otwartość i uczciwość.

Tylko skąd ci Wikingowie? Przecież, choć piłem Lagavulina na Islandii to sam trunek był rodowitym Szkotem z wyspy Isla…y. No dobrze, nazwy są podobne, ale tę szkocką wymawia się Ajla czyli jednak zupełnie inaczej. Whisky na Islay robiło się od stuleci. Aż do XIX wieku – nielegalnie. Wizytówką wyspy są torfowe single malty, o tym dymnym smaku, który mi tak się skojarzył z obozowiskiem Wikingów. Destylarnia w wiosce Lagavulin powstała w 1816 roku, a dziś należy do właściciela irlandzkiego srebra rodowego – browaru Guinnessa.

Tego dnia, gdy pierwszy raz skosztowałem Lagavulina, nie wiedziałem o whisky zgoła nic. Nie miałem pojęcia czym się różni single malt od blendu, whisky od whiskey i bourbona. Ale wiedziałem, że jestem na dobrym, tradycyjnym szlaku. Bo Wikingowie z Islandii lubili składać niezapowiedziane wizyty na szkockich wybrzeżach i zabierać sobie to, co im się tam najbardziej podobało. Najczęściej były to tamtejsze dziewczyny. Dzięki temu spora część dzisiejszych mieszkańców wyspy lodu i ognia, ma po kądzieli geny celtyckie. Smakowanie szkockich alkoholi, które leżakując w beczkach, nabierają mocy i smaku, Islandczycy mogą mieć więc poniekąd we krwi.

Szkocki Lagavulin pity na Islandii w polskim domu otworzył mi oczy i serce na nowy świat. I może dobrze, że nie byłem młokosem. Nie wiem, jakby się to skończyło, gdybym z młodzieńczą popędliwością rozpędził się i zamiast kieliszka, wypił całą butelkę. Pewno następnego dnia bym żałował, że w nocy nie umarłem i nie spojrzałbym na whisky już nigdy. Do picia alkoholu trzeba dojrzeć. I patrząc na królową Elżbietę II widzimy, że jest to jedna z tych nielicznych przyjemności, których wiek nam nie odbiera.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*