Baileys Irish Cream

Baileys – historia likieru, który nie mógł się udać

Baileys to likier, który z Irlandii eksportowany jest do 180 krajów świata (na 193 należące do ONZ). Mało kto wie, że powstał w Londynie, a jego nazwa jest kompletnie przypadkowa. Popularnego drinka stworzył w zaledwie czterdzieści pięć minut sympatyczny żydowski emigrant z Południowej Afryki. Ta historia jest jak z filmu.

Londyn. Druga połowa maja 1973 roku. David Gluckman, emigrant z Południowej Afryki i Hugh Seymour-Davies, arystokratyczny absolwent Eton i Oxfordu założyli właśnie agencję reklamową i łapią pierwsze zlecenie od irlandzkiej firmy International Destillers&Vintners, która chce zarobić na rządowej dotacji. Władze Zielonej Wyspy postanowiły dopłacać do eksportu nowych irlandzkich produktów. IDV zajmuje się sprowadzaniem win i szlachetnych mocnych alkoholi. Gluckman i Seymour-Davies podjęli się wymyślenia nowego drinka, który mógłby zostać hitem eksportowym. O Irlandii mają blade pojęcie. W briefie, który im przedstawiono, była jedynie uwaga, że zawartość alkoholu nie powinna być zbyt wysoka, bo IDV nie ma w swoim portfolio żadnej destylarni, więc zakup większej ilości whisky może być dla nich problemem. 

Partnerzy, choć są kompletnymi nowicjuszami w branży, podchodzą do zlecenia bez kompleksów. Dochodzą do wniosku, że ich jedyne skojarzenia z Irlandią, to popularne w całej Wielkiej Brytanii masło Kerrygold i zabawny fakt, że Irlandczycy słowo whisky piszą whiskey, choć wymawia się je tak samo. Po krótkiej wymianie zdań schodzą do najbliższego marketu, gdzie kupują małą butelkę Jamesona i opakowanie śmietanki (zmieszanie whisky z masłem nie wchodzi w rachubę). Wracają po pięciu minutach do biura i do butelki po toniku Schweppes wlewają odrobinę alkoholu i dodają śmietankę. Mieszają całość i próbują. Smakuje obrzydliwie. Trochę pomaga dodanie cukru, ale wciąż czegoś brakuje. Wracają do sklepu i myszkują po regałach dumając co mogłoby nadać ich drinkowi jakiegoś charakteru. Wracają z paczuszką sproszkowanej czekolady Cadbury’s. To jest strzał w 10. Napój jest smaczny, gęsty, ale także dziwnie mocno alkoholowy. A przecież dodali do śmietanki tylko chlust whisky. Gluckman spogląda na zegarek. Od pierwszego zarysowania idei do gotowego – jak uznali – produktu, minęło 45 minut. Nie tracąc czasu dzwonią do Toma Jago, szefa marketingu IDV i mówią, że muszą się z nim spotkać natychmiast. Chowają do kieszeni butelkę po toniku z nową mieszanką, łapią taksówkę i po kilkunastu minutach Jago kosztuje ich drinka. To moment decydujący. Na tym etapie jedno skrzywienie ust zleceniodawcy może zakończyć współpracę dwóch bezczelnych reklamiarzy z poważną firmą. Ale Jago chwali pomysł, daje zielone światło do dalszej pracy i umawia spotkanie z szefami angielskiej centrali firmy – Alanem Simpsonem i Macem Macphersonem. To już są grube ryby, rekiny biznesu alkoholowego. Koneserzy win i znawcy mocnych alkoholi. Gluckman i Seymour-Davies siedzą na spotkaniu jak na szpilkach. Chcą jak najszybciej zaprezentować swój produkt, ale szefowie się nie spieszą. Najpierw zapraszają na kolację. Polewają najlepsze Bordeaux. Potem finiszują z doskonałą whisky. W końcu pozwalają nalać sobie do kieliszków „wynalazek” dwóch chłopaków z agencji reklamowej. Gluckman po wielu latach napisze na łamach Irish Timesa, że wpatrywał się w twarze szefów i za cholerę nic nie mógł z nich wyczytać. Wypili po drinku, który im przygotował i zachowali poker face. Dopiero na zakończenie spotkania, oszczędnie skomplementowali napitek i poprosili o wymyślenie jakiejś chwytliwej nazwy.

To wcale nie było proste zadanie, bo wiele bardzo irlandzkich nazw jest absolutnie niewymawialnych dla kogoś, kto nie zna słowa po gaelicku. Trzeba było więc znaleźć słowo, które kojarzy się z Irlandią, ale byłoby na tyle zangielszczone, by nie sprawiało kłopotów zwykłemu śmiertelnikowi. Wracając do biura w londyńskim Soho, Gluckman i Deymour-Davies postanowili wpaść na drinka do swojego ulubionego pubu Pod Słupami Heraklesa, Obok małego Bistro Baileys.

Baileys!

Nazwa brzmiała anglo-irlandzko. Na dodatek Gluckman przypomniał sobie, że w Afryce Południowej była mała wytwórnia nabiału o takiej nazwie, a właściciele londyńskiego bistro są Irlandczykami. Użył tych argumentów w rozmowie telefonicznej z Tomem Jago, a ten „klepnął” nazwę Baileys Irish Cream.

I wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że gdy Gluckman postanowił sprawdzić swoje słowa, to okazało się, że takiej wytwórni nabiału w Afryce Południowej nigdy nie było. A właściciele Bistro Baileys w londyńskim Soho ani trochę nie byli Irlandczykami.

Przed Gluckmanem i Seymourem-Daviesem pozostała już tylko jedna rafa do pokonania – prezentacja dla szefów firmy-matki w Dublinie. Prace nad technologią produkcji Baileysa szły w Londynie pełną parą, ale projekt był wciąż w fazie wstępnej i mógł zostać zarzucony w każdej chwili. Aby prezentacja wyglądała poważniej, dwaj wspólnicy postanowili podejść do tego profesjonalnie i zlecili badania fokusowe. Najpierw wybrano starannie grupę mężczyzn, o rozmaitym statusie materialnym, ale ze wspólnym mianownikiem – lubili pić alkohol. Nalano im do kieliszków Irish Cream i poproszono o ocenę. 

Wypadła tragicznie.

Wszyscy orzekli, że to „babski drink”, który nie ma szans u prawdziwych mężczyzn delektujących się piwem i whisky. Choć to wydaje się niemożliwe, to jeszcze gorsze oceny Baileys zebrał od grupy kobiet, które zgodnie orzekły, że smakuje jak syrop na biegunkę. Nie udał się też eksperyment z wstawieniem kilku butelek na testy do zaprzyjaźnionego pubu. Chodziło o to, by przekonać się kto jest skłonny zapłacić za kieliszek nowego trunku. I czy po spróbowaniu będzie chciał znów sięgnąć po Baileysa. Przez kilka tygodni nikt tego nie zaryzykował. W końcu dwóch policjantów po służbie „rozpracowało flaszkę” – jak zrelacjonował Gluckmanowi podekscytowany barman. Ale następnego dnia wrócili na piwo. W samolocie do Dublina, Gluckman i Seymour-Davies podjęli męską decyzję, że raporty z badań fokusowych i „terenowych” schowają głęboko w teczkach, a skupią się w swojej prezentacji na korzyściach, które zapewni firmie połączenie produktów z posiadanej przez IDV mleczarni i świeżo zakupionej przez koncern destylarni. Zadbali o stronę wizualną – zamawiając u znajomego malarza sielski obrazek na etykietę i ładną butelkę z ciemnego szkła.

Reszta jest historią.

Otwieram Baileysa i z przyjemnością patrzę, jak gęsty napitek spływa do kieliszka. Nad aromatem raczej nie ma co się rozwodzić, 17% alkoholu to za mało, by ponieść lotne substancje z feerią smakowitych aerozoli. Za to smak nie zawodzi. Jest mleczno-karmelowy, z wyczuwalną nutą whisky. Przywodzi jednak na myśl wspomnienie dzieciństwa i słodkiego mleka skondensowanego, wyciskanego z tubki wprost do ust. I ani trochę mnie nie dziwi, że sprzedają aż 80 milionów butelek rocznie. To naprawdę jest smaczne.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*